Historia posesji i kamienicy Biskupia 19

BISKUPIA 19

Budynek o adresie Biskupia 19 dość wcześnie skorzystał z dobrodziejstw rewitalizacji Biskupiej Górki i w 2026 roku cieszy wzrok odnowioną przez wspólnotę fasadą. Przylegający do niego budynek Biskupia 20 czeka jeszcze na swój remont, co ma nastąpić w drugim etapie rewitalizacji. Oba były wybudowane jednocześnie, można by je traktować jak jeden dom z dwoma niezależnymi klatkami schodowymi, można też powiedzieć „bliźniacze kamienice”.


Opis architektoniczny tych budynków fachowo zrobił Ryszard Kopittke w swojej pracy magisterskiej „Biskupia Góra – Architektura i Urbanistyka” obronionej w Instytucie Historii i Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego w 2016 roku. „Numery 19 i 20 to dwie przylegające do siebie bliźniacze, choć niesymetryczne, kamienice. Tworzy je kolejno od strony zachodniej: jedna prosta trzykondygnacyjna oś z poddaszem, czteroosiowa czterokondygnacyjna fasada, dalej czteroosiowy trzykondygnacyjny prosty łącznik oraz identyczna do poprzedniej, lecz sześcioosiowa fasada z dwuosiowym, ściętym ukośnie trzykondygnacyjnym narożnikiem. Z ostatniej kondygnacji można dostać się na niewielki taras, stworzony w cofniętej części poddasza. Umieszczony pomiędzy fasadami łącznik otrzymał nad pierwszą kondygnacją ciągły podokienny gzyms. Między oknami ostatniego piętra umieszczono kimation joński. Okap podtrzymuje zaś pięć konsoli. W reprezentacyjnych fasadach mieszczą się cofnięte wejścia do budynków. Portale wykończono boniowanymi kamiennymi łukami półkolistymi, ze zwornikami. Nad wejściem do kamienicy z numerem 19 umieszczono dodatkowo prostokątne nadświetle. Podwójnie cofnięto także segmenty mieszczące okna na drugiej i trzeciej kondygnacji. Sprawia to wrażenie, że okna oddzielone są od siebie lizenami. Pomiędzy oknami dodano secesyjne reliefy, każdy w nieco innym kształcie, przypominające kartusze herbowe. Nad oknami trzeciej kondygnacji pojawia się motyw wstęgi falistej. Ostatnia kondygnacja odcięta jest szerokim gzymsem. Podziały międzyokienne tworzą pilastry, na których rozmieszczono wypukłe romby. Kamienice ustawione zostały przy opadającej wzdłuż zbocza ulicy Biskupiej, stąd ich uskokowy cokół. Z powodu różnicy terenu budynek z numerem 19 jest podpiwniczony, drugi nie. Elewacja zachodnia jest nieotynkowana.” – pisze w swojej pracy Kopittke.
W miejscu, gdzie stoją oba budynki, ulica Biskupia opada dość gwałtownie w dół, a na architekturę kamienic ogromny wpływ wywiera też wznosząca się za nimi skarpa. Z tego względu nr 19 od podwórka traci jedną kondygnację. Parterowe mieszkania od frontu mają okna wyłącznie na ulicę i sięgają tylko do ok. połowy wnętrza. Dalej, do poziomu gruntu podwórka, znajdują się piwnice. Poniżej parterowego mieszkania po prawej stronie jest druga, niższa piwnica, z wyjątkowo dużymi oknami od ulicy. Mieszkania na wyższych kondygnacjach są dwustronne, okna wychodzą zarówno na ulicę, jak i na podwórko, co sprawia, że są one większe i ustawniejsze od parterowych. W wyniku takiego układu terenu mieszkania pierwszego piętra od ulicy, od podwórka znajdują się na parterze.

Podwórka obu kamienic zostały wycięte ze skarpy nieco poniżej mieszkań i można na nie wyjść z klatek schodowych. Skarpa zabezpieczona została wysokim murem oporowym. Mur ten był dawniej zmartwieniem mieszkańców, bo zaczynał się rozsypywać i zachodziła obawa, że osuwisko zasypie dolne kondygnacje budynków. W 2014 roku mur wzmocniono, a w 2019 w ramach umacniania skarp Biskupiej Górki także i na tym odcinku postawiono nowe wzmocnienie.

Kamienica nr 19 posiadała również od podwórka balkony w jednym pionie. Miały one wspólną ściankę z balkonami domu nr 20 oraz metalowe balustrady, tylko balkony na parterze mają do dziś ceglaną, otynkowaną obudowę. Górne balkony zostały zlikwidowane po 1970 roku, gdy doszło do tragicznego w skutkach wypadku – zarwania się balkonu w innej kamienicy. W rezultacie zlikwidowano wtedy balkony na prawie całej Biskupiej Górce i Zaroślaku.
Kamienica Biskupia 19 wybudowana została z wielką dbałością o komfort przyszłych mieszkańców. W mieszkaniach powstały łazienki (z oknami), co w wielu okolicznych domach było rzadkością, pokoje są dostępne bezpośrednio z przedpokoju, do ogrzewania służyły piękne, ozdobne piece, również kuchnie miały dekoracyjne kafelki na ścianach. Na schodach klatki schodowej leżały wykładziny mocowane mosiężnymi listwami. Nawet szybki w otworach drzwi wejściowych do kamienicy charakteryzują się pięknym kryształowym szlifem. Drzwi wejściowe do mieszkań, ale także te w mieszkaniach, zdobiły kolorowe szybki. Do dyspozycji mieszkańców w piwnicy urządzona była pralnia z piecem węglowym i kotłem, w którym można było zagrzać wodę i wygotować pranie (tak traktowano niegdyś pościel czy ręczniki).

Fotografie wnętrz z lat 2013-2026: Anna Olejniczak, Emilia Lebiedź, Wojciech Ostrowski i Krystyna Ejsmont.


Historia do 1945 roku

Teren, na którym stoi dziś kamienica Biskupia 19, w przeszłości był częścią wsi powstałej na wzgórzu należącym do biskupów włocławskich, stąd późniejsza nazwa Góra Biskupia.
Wieś i zabudowania dworskie były wielokrotnie niszczone przez wrogie wojska a także, w obliczu zagrożenia Gdańska, przez samych obrońców.

Kiedy w XIX wieku, po wojnach napoleońskich, nastąpił okres względnego spokoju, na stokach Biskupiej Góry wytyczono trakty, które zabudowywano domami o charakterze przedmiejskim. Dominowała tu wspólna nazwa dla większości ulic – Czarne Morze (Schwarzes Meer) od pobliskiego wyrobiska wypełnionego wodą powstałego po wydobyciu gliny. Jedynie najwyższy taras wzgórza nosił nazwę Biskupia Góra (Bischofsberg). Na kolorowym czystorysie planu Buhsego z lat 1866-1869 w miejscu obecnej kamienicy Biskupia 19 zaznaczony jest mniejszy dom o adresie Bischofsberg 2b. Dziwna to była kolejność numeracji, bo nr 2 znajdował się sporo wyżej (obecnie to Biskupia 15).

Fragment czystorysu planu Buhsego, Biblioteka Gdańska PAN

Czarno-białe odbitki planu służyły do nanoszenia rozmaitych zmian i poprawek. Gdy w latach 80. XIX wieku ulice Biskupiej Góry uzyskały własne nazwy, naniesione to zostało na plan, ale górny odcinek ulicy Biskupiej zachował nazwę Bischofsberg.

Fragment planu Buhsego z naniesionymi zmianami, Biblioteka Gdańska PAN

Dzięki zachowanym księgom adresowym możemy prześledzić, jak zmieniali się właściciele posesji, na której stoi obecnie kamienica Biskupia 19.
Pierwszy raz budynek oznaczony numerem 2b pojawia się w księdze adresowej z 1872 roku (Neuer Wohnungs-Anzeiger nebst Allgem[eine] Geschafts-Anzeiger von Danzig und Vorstadten fur […] 1872, Pomorska Biblioteka Cyfrowa). Właścicielem jest Gottfried Beyer, szewc.

Księga adresowa 1872

Od 1874 do 1898 roku pan Beyer podaje, że jest murarzem i to cechowym, a od 1900 do 1910 roku, że jest rentierem i korzysta z dochodu z nieruchomości. W domu oprócz niego zameldowanych bywało do sześciu osób.
W roku 1910 nieruchomość odkupuje Karl Wiebe, przedsiębiorca budowlany, mieszkający przy ulicy Malczewskiego 82 i w 1911 roku buduje nowy dom, a właściwie dwa bliźniacze.

Księga adresowa 1911

W księdze adresowej z 1912 roku mamy już zamieszkałą „podwójną” kamienicę o numerach 2b i 2c.

Księga adresowa 1912

W 1916 roku następuje połączenie ulic Bischofsberg i Grosse Berggasse pod wspólną nazwą Bischofsberg (co odpowiada przebiegowi obecnej ulicy Biskupiej), w związku z czym kamienica nr 2b otrzymuje numer 19, a 2c numer 20.

Księga adresowa 1916

Przed 1920 rokiem Karl Wiebe sprzedaje swoje nieruchomości dwóm różnym kupcom. Numer 19 (poprzednio 2b) kupuje Robert Lewinski, asystent/sekretarz krajowy, zamieszkały we Wrzeszczu, przy ulicy (obecnie) Politechnicznej 2. W 1920 roku do kamienicy wprowadza się muzyk Gustaw Pieske, flecista, członek orkiestry teatru miejskiego (od 1933 roku państwowego) na Targu Drzewnym. Poświęcimy mu osobną część tego opracowania.

Księga adresowa 1920

W 1924 roku pan Lewiński przeprowadził się do swojego domu na Biskupiej i awansował na starszego sekretarza administracji krajowej. Zobaczmy, jak zmieniła się zabudowa okolicy według Geländeplan 1927, Biblioteka Gdańska PAN.

Gelandeplan 1927

W 1935 roku właściciel znów się przeprowadził, tym razem do Oliwy, obecnie to ulica Obrońców Westerplatte.

Księga adresowa 1936/37

W 1942 roku jako właścicielka kamienicy figuruje Gertrud Lewinski, zamieszkała również w Oliwie. To ostatnia dostępna księga adresowa Gdańska. Nie wiemy czy Robert Lewinski zmarł, Gertrud nie jest opisana jako wdowa, być może była jego córką.

Księga adresowa 1942

W zasobach amerykańskiego Internet Archive udało się znaleźć anonse prasowe zamieszczone przez mieszkańców budynku Bischofsberg 2b. Wycinki pochodzą z gazety Danziger Neueste Nachrichten z początku XX wieku.
W numerze 46 z dnia 23.02.1901 roku, ktoś mieszkający pod numerem 1 chce sprzedać tanio skrzypce i cytrę (akordową).

Danziger Neueste Nachrichten nr 46, 23.02.1901

W numerze 55 z dnia 06.03.1901 roku pan Schulz sprzedaje (z powodu zmiany okoliczności) skrzynię okrętową.

Danziger Neueste Nachrichten nr 55, 06.03.1901

W numerze 197 z dnia 23.08.1901 roku ktoś chce sprzedać wózek dziecięcy – w dobrym stanie.

Danziger Neueste Nachrichten nr 197, 23.08.1901

W numerze 214 z dnia 12.09.1902 roku ktoś (pewnie to był sam właściciel domu pan Beyer) proponuje na wynajem małe mieszkanie dla młodych ludzi.

Danziger Neueste Nachrichten nr 214, 12.09.1902

W tej samej bibliotece cyfrowej znajdują się niemieckie roczniki sceniczne (Das Deutsche Bühnenjahrbuch) z 1917 i 1918 roku, a w nich informacje o artystach z teatru miejskiego w Gdańsku, m.in. o Paulu Brefin, śpiewaku operowym, zamieszkałym na Bischofsberg 2b. Niestety, nie figuruje on w dostępnych księgach meldunkowych. Może to administracja teatru wynajmowała kwatery dla sprowadzanych do Gdańska na kontrakt artystów?

Das Deutsche Bühnenjahrbuch 1917

W księgach adresowych od roku 1920 w budynku zameldowany jest Gustaw Pieske – opisywany jako muzyk, flecista, pracujący w teatrze (Musiker, Flötist, Staatstheater-Musiker). W latach 1927-1933 w kamienicy mieszkał równocześnie drugi muzyk, pianista Harry Schweigger.

Księga adresowa 1927

Nie wiemy, jak przebiegał proces weryfikacji danych do kolejnych wydań ksiąg adresowych miasta Gdańska, ale nazwisko Marschinke pojawia się dopiero w podwójnym wydaniu 1940/41.
Rodziny państwa Marschinke oraz muzyka Gustawa Pieske mają szczególne znaczenia dla historii kamienicy Biskupia 19, ponieważ łączą lata przedwojenne i powojenne.

Księga adresowa 1940/41

 

Wspomnienia Urszuli Kiedrowskiej z domu Marschinke

 

Ula ze starszą siostrą w drzwiach Biskupiej 19, a mama w oknie

Moja mama miała na imię Zofia i była Polką. Urodziła się w Kościerzynie. Ojciec, Paweł, był Niemcem, też pochodził spoza Gdańska, ale pracę znalazł tu. Na początku rodzice zamieszkali na ulicy Lastadia i tam się urodziłam w 1935 roku. Z obawy przed prześladowaniami oraz z troski o dzieci rodzice postanowili przeprowadzić się tam, gdzie nikt ich nie znał. I tak zamieszkaliśmy w kamienicy przy Biskupiej 19, pod numerem 1. Wówczas mieszkali tam w większości wykształceni, inteligentni ludzie. Bardzo dobrze ich wspominam. Gdy ja lub o rok starsza siostra chorowałyśmy, to dopytywali się o nasze zdrowie i przynosili nam cukierki. Niestety nie było w tym domu dzieci, z którymi mogłybyśmy się bawić, najczęściej więc chodziłyśmy do mieszkającej w pobliżu szkolnej koleżanki mojej siostry, do Gizeli. Miałyśmy tam wspaniałe warunki do zabawy, bo jej rodzice, Państwo Olińscy, prowadzili przy naszej ulicy (Bischofsberg 23) kawiarnię z ogrodem „Cafe Bischofshöhe”. Byli zamożni, jedyni na ulicy Biskupiej mieli samochód, bo biedni ludzie tu raczej mieszkali. Mieli też służącą, Polkę, która po wojnie wróciła w swoje strony. Gizela była bardzo kochanym dzieckiem, między nią a jej bratem była duża różnica wieku. Gdy miała urodziny, to wszystkie dzieciaki z Biskupiej zapraszała, na co dzień też dużo dzieci przychodziło do Gizeli. Bawiliśmy się w chowanego, w klasy.

Urodziny Gizeli

„Cafe Bischofshöhe” mieściła się w bardzo dużym, pięknym, drewnianym domu, wewnątrz znajdowała się wielka sala ze stolikami, parkietem do tańca i ze sceną, a na dworze, we wspaniałym ogrodzie, można było posiedzieć przy kawie czy herbacie. Do kawiarni dochodziło się pieszo schodkami od ulicy Biskupiej lub można było dojechać samochodem pod sam dom. W czasie wojny kawiarnia była zamknięta, był w niej skład jakichś papierów. My, dzieci, bawiliśmy się wtedy tam często, na przykład w chowanego. W czasie walk o Gdańsk w 1945 roku odłamek pocisku spowodował pożar tego budynku, a ponieważ był drewniany, to spłonął całkowicie. Rodzina Olińskich najpierw zamieszkała w opuszczonych pobliskich koszarach, ale wkrótce zdecydowali, że wyjadą do Niemiec. Ich córka Gizela przyjeżdżała do Polski po wojnie kilkakrotnie, zawsze się wtedy spotykałyśmy. Bardzo ją lubiłam. Gizela po wojnie starała się odzyskać działkę, na której stała „Cafe Bischofshöhe”, bez powodzenia.

Do przedszkola chodziłam na Plac Sienny (Heumarkt), do sióstr zakonnych. Potem do szkoły podstawowej przy nieistniejącej dziś ulicy Schwarzes Meer. Obie z siostrą zaczęłyśmy do niej uczęszczać w czasie wojny. To był taki wielki dom, z dwoma wejściami – w jednej jego części uczyli się chłopcy, a w drugim dziewczynki. Nigdy w szkole się nie kontaktowaliśmy, bo gdy my miałyśmy przerwę, to chłopcy mieli lekcje i odwrotnie.

W szkole nam bez przerwy pokazywano filmy propagandowe mówiące o tym, jak to w Rosji i w Polsce jest źle i że są to narody gorsze niż Niemcy – „Deutschland, Deutschland über alles… Niemcy, Niemcy ponad wszystko. Dzisiaj należą do nas Niemcy, a jutro cały świat…”. Przychodziłam do domu, a tato pytał, jak było w szkole, i ja mu opowiadałam o tych filmach. Ojciec wtedy mówił: „Nie wierz w to, co oni wam tam pokazują, to nieprawda. Nie jest tak, że Niemiec jest lepszy, a Rosjanin czy Polak gorszy. My jesteśmy wszyscy jednakowi”. I ja byłam zawsze tak nastawiona, że nie można mieć nienawiści do innego kraju.

Z tego okresu mam takie jedno wspomnienie. W pobliżu szkoły był sklep papierniczy. Moja mama była dosyć ostra, a ja zgubiłam ołówek i przy tym sklepie zaczęłam z tego powodu płakać, bałam się pójść do domu. Pamiętam, że jakaś pani zapytała mnie, czemu płaczę, a potem weszła ze mną do tego sklepu i mi ten ołówek kupiła.

Pamiętam też, gdy Hitler przyjechał do Gdańska i że poszliśmy oglądać jego przejazd ulicą Pohulanka. Jechał tędy wizytować osiedle domów budowanych na Chełmie (Stolzenberg) dla stoczniowców. Bardzo dużo ludzi było, nasza rodzina poszła też popatrzeć. Kazali nam stać spokojnie i zabronili rzucania kwiatów. Hitler jechał otwartym samochodem i można go było dobrze zobaczyć.

Trzeciej klasy w szkole już nie skończyłam, bo trwała wojna i zaczęli przywozić z Rosji pomarznięte wojsko niemieckie. Okazało się, że oni nie byli przygotowani na takie mrozy. Nasza szkoła stała tuż przy torach kolejowych, więc została przemianowana na szpital i do niej bezpośrednio z pociągów przenoszono żołnierzy. Ludzie mówili, że to już koniec wojny, bo widzieli, w jak strasznym stanie byli ci żołnierze, z odmrożeniami nóg, rąk…

Kamienica, w której mieszkaliśmy, była przed wojną w prywatnych rękach. Klatka schodowa była bardzo zadbana, na schodach leżała zielona wykładzina, a każdy stopień był wykończony mosiężnym progiem. Drzwi były ładne, a przy nich ozdobne dzwonki. Moja mama była w nim dozorczynią do końca wojny. My, dzieci, dostawaliśmy szmaty i musieliśmy poręcze przy schodach wycierać.

Właścicielką domu była starsza Niemka, która przychodziła raz na miesiąc i pobierała czynsz. Na strychu miała taki kantorek i tam się chodziło płacić. Na tym strychu stały też meble, było dużo lamp i żyrandoli z kryształowymi soplami. Pod koniec wojny właścicielka przestała się u nas pojawiać, a strych był otwarty. Bawiłam się tam, tłukłam kijem te piękne kryształowe żyrandole…

Pod koniec wojny większość mieszkańców mojej kamienicy powyjeżdżała, tylko sąsiadka obok trochę później. Sąsiad muzyk też został i wyjechał dopiero kilka lat po wojnie. Niemcy strasznie bali się Rosjan i uciekali przed nimi. Znajomi przychodzili do nas ciągle i mówili, że statek czy pociąg do Niemiec odchodzi, namawiali na wyjazd. Cała rodzina ojca jest w Niemczech i my też mieliśmy wyjechać. Mama się jednak nie zgodziła. Może ona się czuła bardziej Polką niż Niemką? Nam, dzieciom, było wszystko jedno. Na Biskupiej Górce było pięknie za Niemca. Krzaki były ładnie poprzycinane, to był prawdziwy park, stały ławeczki. Spacerowaliśmy tylko po Biskupiej Górce, do miasta na spacery się nie chodziło.

W czasie wojny przy ulicy Biskupiej za koszarami była fabryka tekstylna. Obok znajdowały się baraki, w których pod koniec wojny przetrzymywano jeńców, najwięcej było tam Włochów. Jak ich Niemcy przywieźli, to parę dni ich prowadzali pod bronią do miasta na roboty, ale po jakimś czasie to oni chodzili już sami, bez obstawy. Zimą często zjeżdżaliśmy na sankach ulicą Biskupią, a gdy więźniowie wracali z pracy, to ciągnęli nas do góry na tych sankach i było przy tym dużo śmiechu. Nieraz z nami zjeżdżali z górki z powrotem.

Oprócz ulicy Biskupiej zjeżdżaliśmy na sankach trasą koło kościoła Chrystusa Króla. Ruch był wtedy niewielki, bo samochodów prawie nie było, więc mogliśmy jeździć ulicami.

Biskupia przed budową schroniska młodzieżowego była węższa, a przed domami były ozdobne metalowe płotki i rosły kwiaty. Chodniki też były węższe. Gdy zaczęli budować ten cały Hitlerjugend, to nie mogli się tymi samochodami zmieścić na tak wąskiej ulicy i zlikwidowali nam te ogródki z kwiatami.

Pamiętam, że młodzież musiała należeć do Hitlerjugend. Ja byłam za mała, ale siostrę mama usprawiedliwiała, mówiąc że jest chora, i udało się ją z tego zwolnić. W schronisku młodzieżowym na Biskupiej ćwiczyli tych chłopaków. Z naszej ulicy też tam byli. Pod koniec wojny prowadzili ich ulicą Biskupią, szli w krótkich spodenkach, ludzie stali wzdłuż ulicy, płakali i mówili, że jak Hitler bierze już dzieci, to wojna jest przegrana. To byli chłopcy niewiele starsi ode mnie, z którymi bawiliśmy się na ulicy.

***

Po wojnie to najpierw nas Rosjanie wyrzucili. Kazali nam wyjść z domów, bo oni całą tę górę zajęli – ich komendantura tu zamieszkała. Mój tata był z nami, ze względu na inwalidztwo nie poszedł na wojnę. Plecaki mieliśmy przygotowane, bo stale się do piwnicy schodziło z nimi w czasie nalotów. Mama dodatkowo wzięła powłoczkę z łóżka i powkładała zapasy żywnościowe. I tak razem rodzice ją nieśli. Mama zdecydowała, że pójdziemy na wioskę, bo tam łatwiej znajdziemy coś do jedzenia, tu już nie było nic. Szliśmy do góry ulicą Kartuską (Karthäuser Strasse) koło kościoła Świętego Franciszka zatrzymali nas Rosjanie. A tata miał dobre skórzane buty i chociaż były ortopedyczne (nie miał jednego palca), to mu je zabrali i dali stare. Potem nas puścili. Poszliśmy dalej i znowu nas Rosjanie zatrzymali. I wtedy już ojca nam zabrali. Kazali mu odejść na bok, a nam iść dalej. Tata rzucił nam swój plecak pod nogi ze słowami: „Nie będzie mi już potrzebny”. Poszłyśmy dalej, mama sama ciągnęła po chodniku tę powłoczkę z żywnością, a my obie plecak ojca. Na wysokości cmentarza łostowickiego znowu nas Rosjanie zatrzymali i kazali pójść na pobliską górę. A tam już było pełno ludzi. Pierwszej nocy zobaczyliśmy, że Gdańsk się pali. Tego wieczora Rosjanie przyszli i wybierali młode dziewczyny. Miałam 9 lat i myślałam, że zabierają je, żeby im posprzątały albo gotowały. Ale jak wracały, to ich matki je obejmowały i wszyscy płakali. Ja tego do końca życia nie zapomnę. I wtedy dopiero się okazało, co oni z tymi dziewczynami zrobili. No a potem to dużo dzieci się rodziło, a kobiety często jasno mówiły: „To moje dziecko, ale z Rosjaninem”.

Na tym wzgórzu siedziałyśmy pod gołym niebem przez trzy dni. Nie było możliwości ugotowania czegokolwiek, umycia się, nie było wody do picia, padały deszcze, było zimno. Nasza mama przykrywała nas swoim płaszczem, a sama mokła i marzła. Bardzo się przeziębiła. I wtedy zdecydowała, że wracamy. Jeszcze w mieście trwały walki. Gdy przyszłyśmy na ulicę Biskupią, w oknie naszego mieszkania zobaczyłyśmy zbitą szybę, a w niej głowę jakiegoś Rosjanina, właśnie coś mówił. Nie mogłyśmy więc tam wrócić. Z pobliskiego budynku numer 17 wyszedł jakiś mężczyzna i powiedział do mamy: „Czy pani zwariowała? Niebezpiecznie tak tułać się z dziećmi, chodźcie do nas”. W tym mieszkaniu już było pełno ludzi – matki z dziećmi i starsze osoby. Spaliśmy na podłodze. Odwiedzali nas tam w nocy Rosjanie. Wtedy wołaliśmy komendanta, który mieszkał w pobliżu. Aż przykro mówić, co oni robili. To było straszne, te kobiety biedne były. Moja mama też jeszcze młoda była, przed czterdziestką. One zakładały na głowę chustki, tak żeby wyglądać na starsze i nieatrakcyjne. Pamiętam, jak raz w nocy przyszedł Rosjanin, bo to było obok mnie. Przy mnie leżały moja siostra, mama i jakaś pani. To ten Rosjanin opuścił spodnie i przy wszystkich już kładł się na tę kobietę, ale ktoś otworzył okno i zaczął wołać komendanta. Ten Rosjanin uciekł, podtrzymując spodnie rękoma, nawet ich nie podciągnął. Komendant przyszedł zaraz i powiedział, żeby go za każdym razem wołać, jeżeli to się powtórzy. Powiedział, że żołnierze mieli pozwolenia na takie zachowania przez pierwsze dni, ale teraz to już nie. I on zawsze przychodził, gdy go wołaliśmy. Nikt z nas nie znał języka rosyjskiego, ale ten komendant mówił po niemiecku.

Ci pierwsi Rosjanie, którzy weszli do Gdańska, mieli takie skośne oczy i zawsze chcieli zegarków. Gdy tylko wchodzili, to ojciec, który nie palił, dawał im papierosy. Cieszyli się, ale jeszcze pytali: „Uhr, Uhr?”. Mieliśmy taki zegarek-zabawkę, uszkodzony, bez wskazówek, to kiedyś taki jeden też go wziął – przyłożył do ucha i zabrał. Ja nosiłam poukrywane w spodenkach dresowych nasze zegarki i obrączki. Trochę się bałam, bo czasem nas sprawdzali, ale nigdy ich nie znaleźli.

W tym mieszkaniu pod numerem 17 głównie spałyśmy. Byłyśmy tam jakiś czas, około 3 tygodni, aż Rosjanie wyprowadzili się z naszego mieszkania i mogłyśmy do niego wrócić.

Zaczął się głód. Ciągle chodziliśmy po gruzowiskach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Pamiętam, że gdy schronisko młodzieżowe opustoszało, to każdy mógł tam chodzić, bo nikt go nie pilnował. Ja też chodziłam w poszukiwaniu jedzenia. Odkryliśmy tam zapas chleba. Nosiliśmy ten chleb na skróty po stoku góry, żeby nas nikt nie widział.

Często chodziłyśmy z mamą i innymi kobietami na drogę idącą na Orunię, bo tam Rosjanie prowadzili Niemców i oni na furmankach mieli sporo jedzenia. Kobiety prosiły ich o żywność i ją dostawały. Kiedyś poprosiły, żeby zabili konia. No i tak się stało. Te kobiety się na niego rzuciły, tak że konia nie było widać. Każda wycinała jakąś część. Na poszukiwania żywności chodziło się z nożem i 2–3 słoikami. Później już sami Rosjanie zabijali konie, dzielili je i rozdawali. Trzeba było w kolejce stanąć. Kiedyś, siedząc przy tej drodze, zauważyłyśmy, że Rosjanie pędzą stale tych samych Niemców. Ludzie się ich o to pytają, a oni: „Nas jest tylko garstka tych, co złapali. Oni nas pędzą w kółko, żeby pokazać, jak dużo Niemców złapali”. Później przestali chodzić, może ich gdzieś wywieźli?

Mama chodziła też do spichlerza, w którym po pożarze był spalony cukier. Rąbała go, a potem w domu topiła i był z tego syrop. Cukier był brązowy i trochę gorzki, bo spalony.

Chodziłyśmy też do Nowego Portu, gdzie wcześniej była fabryka margaryny, i tam w rowach, na kałużach, w koleinach był tłuszcz. Zbierałyśmy go kubeczkiem w słoiki i potem mama używała go do smażenia. Dużo ludzi robiło to samo.

Poza tym chodziliśmy jeszcze po ogórki w okolice fortów. Rosjanie wystawiali duże otwarte blaszane puszki i każdy rękoma te ogórki wyjmował. Ja też poszłam z mamą, włożyłam rękę, ktoś puszkę pociągnął i ostry kant rozciął mi głęboko ciało. Krew mi leciała, ale zakrwawione ogórki trzymałam. Potem poszłam z mamą na pogotowie. Rosjanie śmieli się, gdy kobiety tak tymi puszkami szarpały. My więcej tam już nie poszłyśmy.

Rosjanie nie wszyscy byli źli, byli i dobrzy. Raz poszłyśmy z mamą do spichrzów. Siedział tam Rosjanin, więc mama się bała i wysłała najpierw nas. Powiedziała: „Zapytajcie, może ma coś do jedzenia”. Ten człowiek zaprosił nas wszystkie, wytarł stół i ławkę, na której siedział, i dał każdej po talerzu zupy, kapuśniaku. Uśmiechał się, gdy jadłyśmy, a na drogę dał nam słoik kapusty kiszonej.

Nie tylko brakowało jedzenia, ale też wody. Człowiek nie miał się w czym umyć. Miałyśmy z siostrą długie warkocze, ale dostałyśmy wszy i trzeba było włosy obciąć. Mama chodziła po wodę na ul. Ogarną, gdzie za Niemca była straż pożarna, bo tam jeszcze była czysta woda. Część ludzi na Biskupiej Górce czerpała wodę z Raduni, a w niej leżały trupy koni i ludzi. I przyszedł tyfus. Ludzie umierali jak muchy. Rano, jak się wstało i podeszło do okna, to procesja szła z tymi trupami. Ciała zmarłych nocą niesiono na deskach, przykryte tylko jakimiś prześcieradłami. Znosili je w dół Biskupiej, nie wiem co się dalej z nimi działo. Ludzie mówili, że zwłok jest tyle, że nawet okopy się wykorzystuje do chowania ludzi. Gdańsk to jest jeden wielki cmentarz.

Moja mama umiała po polsku, więc zebrała 3–4 kobiety i z nimi jeździła na pobliskie wsie po jedzenie. Szukały opuszczonych przez Niemców gospodarstw i wybierały z kopców ziemniaki. Mama brała na te wyprawy wózek ręczny z piwnicy. Dobrze pamiętam, jak kiedyś przywiozły dużo kartofli i buraków, oj, to był luksus! Mną i siostrą oraz dziećmi tych kobiet w tym czasie opiekowała się jedna z sąsiadek, Niemka. Dobra kobieta była. Kiedyś byłyśmy u niej, a tam jakiś mężczyzna leżał w łóżku, nie znałyśmy go. Mówimy jej, że on chyba nie żyje. A ona, że śpi. Czekamy, co będzie dalej. Po jakimś czasie znowu mówimy, że on chyba nie żyje. W końcu sąsiadka się nim zainteresowała i okazało się, że rzeczywiście nie żył. Nie wiem, kto to był, może też obcy człowiek, bo ludzie się wtedy grupowali w mieszkaniach, bali się. Najpierw bali się Rosjan, a później złodziei. Straszne kradzieże się zaczęły. W czasie wojny tego nie było, kradzieże zaczęły się po wojnie.

Niemcy opuszczali swoje mieszkania i nasz dom był wtedy praktycznie niezamieszkany. Po wojnie Gizela mi opowiadała, że gdy jej rodzina wyjeżdżała do Niemiec, to na peronie w dużej grupie wyjeżdżających Niemców była też nasza sąsiadka, samotna osoba. Gdy nadjechał pociąg, to ona rzuciła się pod koła i zginęła. To była starsza panna, ale była bardzo fajna, bardzo ją lubiłam. Musiała strasznie to przeżywać.

Przychodzili różni ludzie do naszego mieszkania, w kilku albo nawet pojedynczo, zabierali, co im się podobało, i wychodzili. Myśmy stali cicho, bo się baliśmy i chcieliśmy, żeby chociaż nam dali spokój. Pamiętam, że na ścianie wisiała mandolina, bo tato kiedyś na niej grywał. Jakiś Rosjanin wszedł kiedyś do nas, wziął ją i wyszedł. Bardzo mi było żal, bo to była pamiątka po ojcu. Mama zaczęła więc chować rzeczy, wynosiła do piwnicy, tak że w szafie nie było już nic do zabrania.

Zaczęli tu przyjeżdżać różni Polacy i kradli meble, bo były ładne, eleganckie, często rzeźbione, w wielu mieszkaniach były pianina albo fortepiany.

Potem zaczęli przyjeżdżać Polacy i zajmować mieszkania. Pochodzili głównie z centralnej Polski, wielu ze spalonej Warszawy. Wyzywali nas od „Szwabów”, od „Niemców”, nie mogłyśmy wyjść na dwór. Uciekałam do domu i pytałam: „Mamo, kim ja w końcu jestem? Niemką czy Polką?”.

Czasem po parę mieszkań zajmowali i potem chyba odsprzedawali je, zarabiając na tym. Mama broniła naszych mebli, pokazywała dokumenty, że to jej mieszkanie.

W tym okresie zdarzały się samobójstwa. W domu naprzeciwko, przy ul. Biskupiej 28 powiesiła się kobieta, bo nie miała czym nakarmić swoich dzieci. Nosiłam potem jej osieroconym synkom chleb, na szczęście wkrótce wrócił z wojny ich ojciec, wyjechali do Niemiec. Pod numerem 18 powiesiły się trzy osoby. Zwłoki tych ludzi zostały po prostu wyrzucone na podwórko. Za tym domem był rów, do którego ściekała woda, i tam te ciała leżały bardzo długo. Pamiętam ich: to była kobieta i dwóch mężczyzn. Mieliśmy przy tym domu podwórko i obok tych leżących ciał biegaliśmy na skróty do naszej koleżanki Gizeli. Gdy zaczęło się robić ciepło, to ludzie z tego domu wykopali na podwórku obok domu dziurę i wrzucili najpierw mężczyzn, a potem kobietę, zasypali ziemią, wyrównali i śladu nie ma.

Nieco później na Biskupią Górkę zaczęli przybywać Polacy ze wschodu, z Wilna. To byli już zupełnie inni ludzie. Przyjeżdżali z kozami, krowami. Dla nas, dzieci, te kozy to była atrakcja. Oni mieli dużo dzieci, byli gorzej ubrani, kobiety w chustkach na głowach, na nogach walonki. Tu nie było już prawie wolnych mieszkań, więc mieszkali w koszarach. To byli bardzo dobrzy ludzie, ani nie kradli, ani nas nie wyzywali, raczej nas bronili. My z siostrą nie znałyśmy języka polskiego, więc się nie odzywałyśmy. „– A dlaczego te dziewczyny nic nie mówią? – Dajcie im spokój, to są moje siostry” – tak nas bronili.

***

W czasie wojny mój tato pracował na Trojanie (Troyl), przy kolei. Tam pracowali też Polacy, młode chłopaki. przywiezieni „na roboty”, bo Niemcy byli na wojnie i brakowało rąk do pracy. Tato brał dla nich z domu kanapki i mówił, że te chłopaki są ciągle głodne. Dużo w domu na ten temat się nie mówiło. Po wojnie oni przyszli do nas, pytali o ojca, to dopiero się dowiedzieliśmy, co to za chłopcy. My nie wiedziałyśmy, gdzie jest ojciec, a oni powiedzieli: „Gdzie on by nie był, to my go sprowadzimy z powrotem”. Pytali też, jak my tu żyjemy, i mama powiedziała, że tak strasznie kradną i że wszystko nam zabierają. Okazało się, że teraz ci chłopcy pracują w Milicji Obywatelskiej i dali nam kartkę z napisem, po rosyjsku i po polsku:

„Mieszkanie zajęte przez funkcjonariuszy komendy Milicji Obywatelskiej m. Gdańska”, pod tym pieczęć i podpis. Od momentu naklejenia tej kartki na drzwi to już był z kradzieżami spokój. A jak przyszedł list od ojca, to mama poszła na milicję do tych chłopaków i oni dali nam bilet i zezwolenie na wyjazd dla 4 osób do miejscowości, w której przebywał tato. Nie pamiętam, co to za miejsce, ale to była Polska. Pojechałyśmy tam i stamtąd ojca wykradłyśmy.

Ojciec pracował przymusowo w gospodarstwie jakiegoś Polaka. Na tej wsi był odcięty od wszelkiej informacji, nie wiedział też, co się z nami dzieje. Mama zapytała jego gospodarza, czy możemy zanocować z ojcem i pojechać dopiero następnego dnia. On się zgodził. Mama obudziła mnie i siostrę raniutko i kazała nam uciekać z tego gospodarstwa, ona z ojcem pobiegła chwilę potem.

Ojciec opowiedział nam swoje losy od rozstania. Rosjanie zgromadzili złapanych mężczyzn, było ich bardzo dużo. Kazali wystąpić tym, którzy są chorzy. Ojciec był poważnie chory, miał astmę oskrzelową. Nikt nie występował, więc pierwszy zdecydował się on. Wtedy wystąpiło jeszcze kilku mężczyzn. Niektórzy byli w bardzo złym stanie, prawie chodzić nie mogli, inni im pomagali. Ojciec był przekonany, że gdy go wywiozą do Rosji, to i tak tego nie przeżyje. W plecaku, który oddał mamie, były jego lekarstwa, więc pomyślał: „Niech mi tu już lepiej dadzą kulę w łeb i będzie koniec”. Wszystkich chorych zapakowali na samochód ciężarowy i pojechali w miejsce, gdzie były tylko same pola, żadnych zabudowań, pustka. Kazali im wyjść z samochodu. Ludzie byli przekonani, że teraz ich zabiją. Stoją i czekają. Rosjanie odeszli kawałek dalej, naradzają się, potem jeden przyszedł i powiedział, że mają sobie pójść, gdzie chcą. To poszli – szli szosą i tym razem to Polacy ich złapali i zabrali do domu, gdzie przychodzili okoliczni gospodarze i wybierali sobie robotników. Mój tato był złotą rączką i miał dobrze u tego Polaka, bo wiele rzeczy w tym gospodarstwie mu naprawił. Ojciec spał w malutkim pokoiku, w którym gospodarz trzymał zapasy, między innymi cukier. Tata opowiadał, że miał pilnować, żeby jego liczne dzieci nie wyjadały tego cukru, ale zawsze udawał, że śpi, gdy przychodziły po kolei w nocy. „Niech się najedzą tego cukru te biedne dzieci” – myślał.

Po powrocie ojciec źle się tu czuł. Do śmierci nie nauczył się dobrze polskiego, tylko na tyle, żeby porozumieć się z wnukami. „Gdzieś ty był, ja ciebie dawno nie widział” – mówił na przykład. Po wojnie chłopaki, o których wcześniej mówiłam, znaleźli mu pracę w milicyjnych warsztatach samochodowych, ale że on na samochodach się zbyt dobrze nie znał, to wrócił na Trojan. Był ślusarzem.

***

Po wojnie mama zapisała nas do szkoły na Lastadii. Po pierwszym dniu powiedziałam, że więcej do tej szkoły nie pójdę, i nie poszłam. Byłam przyzwyczajona do innego porządku w szkole. Za Niemca, gdy był dzwonek na przerwę, to stawało się obok ławki i czekało na swoją kolej, bo wychodziło się parami, rząd za rzędem, aż na podwórko. Gdy był dzwonek na lekcję, to z kolei każda klasa miała swoje miejsce i trzeba było też ustawić się parami, i tak się szło do klasy. Nikt tam po schodach, po korytarzach nie biegał, tylko szedł spokojnie. A tu, jak był dzwonek na przerwę czy koniec lekcji, to wszyscy wybiegali na hura, po ławkach to wszystko skakało, a ja siedziałam i czekałam, aż wszyscy wyjdą. Mama zapisała mnie więc do szkoły znajdującej się przy ulicy Wałowej. Tam wcześniej było biuro, siedzieliśmy przy takich biurowych stołach. Nauczycielka nie umiała po niemiecku, my nie rozumieliśmy po polsku i jedna dziewczynka tłumaczyła nam, co mówi ta nauczycielka, a jej, co mówimy my.

Wkrótce wszystkich tych, co nie umieli po polsku, przenieśli do szkoły na Osiek. Na Osieku było już inaczej, bo były same gdańszczanki, skończyłam tu siedem klas. Potem poszłam do handlówki. W końcu człowiek się do tego przyzwyczaił.

Pamiętam, że w czasie wojny na ulicy Na Stoku (Grenadiergasse) był duży i piękny cmentarz, ogrodzony wysokim murem. Nagrobki to były takie małe domki. Pięknie były dekorowane. Trumny były ułożone jedna na drugiej, miały uchwyty. Wiem, bo po wojnie pootwierane były te grobowce i myśmy tam zaglądali, wówczas trumny były pootwierane, kości wyrzucone, ludzie chyba złota szukali. Moje dzieci chodziły do tej szkoły, którą zbudowano na terenie tego cmentarza. Moja młodsza córka opowiadała, że kilka razy zamiast wychowania fizycznego dzieci kości zbierały. To był 1964 rok. Te kości na wierzchu leżały. Taką to przerwę mieli. Dla nas to było straszne, nie mogliśmy zrozumieć, jak można tak tymi szczątkami poniewierać, bo leżały porozrzucane po całym placu.

***

Mój tata był ewangelikiem, ale przeszedł na katolicyzm, by wziąć ślub z mamą. Mimo to nieraz chodził do pobliskiego kościoła pomennonickiego na msze.

Ojciec zmarł w 1962 roku. Miał astmę oskrzelową, dostał zapalenia płuc i nie było ratunku. Był bardzo dobrym człowiekiem, nikomu krzywdy nie zrobił. Dla mojego ojca bym wszystko zrobiła, odszedł za wcześnie. Bardzo mi pomagał, na przykład w opiece nad dziećmi.

Mama przeżyła tatę o 30 lat, zmarła na zawał. To był już trzeci zawał, ale nikt o dwóch poprzednich nie wiedział, bo mama nigdy nie chorowała ani nie skarżyła się na dolegliwości.

Gdy mój ojciec zmarł, to mieszkałam już w lokalu numer 8 w tej samej kamienicy, jako sublokatorka. Trzy starsze Polki tam żyły i gdy jedna z nich zmarła, to przeprowadziłam się do nich z mężem i z dziećmi, bo nasze mieszkanie było za małe.

1960 r., widok z balkonu

Przy ulicy Biskupiej mieszkałam 57 lat, nadal mieszkają tam moi bliscy. Często wracam wspomnieniami na Biskupią Górkę. I śni mi się.

***

 

***

Powyższe wspomnienia ukazały się w marcu 2014 r. w portalu www.biskupiagorka.pl. Tekst został oparty na wywiadzie z 2013 r. przeprowadzonym przez Krystynę Ejsmont. Ten artykuł zainteresował reżysera filmów dokumentalnych Pawła Zbierskiego, który uczynił Urszulę Kiedrowską jedną z bohaterek filmu „Gdańsk. Koniec i początek”. Poniższy reportaż radiowy został zrealizowany przez Krystynę Ejsmont (pod opieką Aliny Kietrys UG) w związku z premierą tego filmu w 2015 r.

W 2026 r., w oparciu o materiały zgromadzone w Archiwum Społecznym Biskupiej Górki -nagranie ze spaceru w 2014 r. i rozmowy zarejestrowane w 2015 r. – powstał film z cyklu „Opowieści z Biskupiej Górki”.


Gustaw Pieske – muzyk, flecista

Pierwsza wzmianka o panu Pieske pojawiła się w spisanych w 2014 r. wspomnieniach Urszuli Kiedrowskiej z d. Marschinke, wieloletniej mieszkanki kamienicy Biskupia 19. Znalazła się tam uwaga o sąsiedzie muzyku, który mieszkał w tym domu w czasie wojny i wyjechał z Gdańska parę lat po jej zakończeniu.
Drugi raz pan Pieske pojawił się niedawno, w 2026 r., we wspomnieniach Urszuli Zamkiewicz z d. Matuszczak: „Na pierwszym piętrze mieszkał Niemiec, pan Pieske, mówił po niemiecku. Był muzykiem, grał na skrzypcach w filharmonii. Mieszkał z żoną. Bardzo spokojni ludzie.”
Może pan Gustaw grywał na skrzypcach, ale był flecistą i to wybitnym.
Po raz pierwszy wymieniony jest jako mieszkaniec kamienicy Biskupia 19 w księdze adresowej z 1920 r., z zawodem – muzyk.

Księga adresowa 1920

Figuruje we wszystkich księgach do ostatniej dostępnej z 1942 r., zmienia się tylko określenie zawodu: Musiker, Theatermusiker, Staatstheater-Musiker i Operameister. Wiemy więc, że był flecistą i muzykiem orkiestrowym, związanym przed wojną z teatrem miejskim (od 1933 r. – teatrem państwowym) na Targu Węglowym.
Dalsza kwerenda wykazała, że pan Pieske, zanim wyjechał do Niemiec, rozwinął w powojennej Polsce bogatą karierę artystyczną. Czy rzeczywiście wyjechał pod koniec lat 50.? Może to planował, ale tylko wyprowadził się z ulicy Biskupiej? Nie wiemy jak było, ale pozostawił po sobie wiele śladów.
W zasobach Bałtyckiej Biblioteki Cyfrowej jest 8 wydań Dziennika Bałtyckiego z lat 1950-1952, a w ich programach radiowych znajdują się zapowiedzi koncertów muzyki poważnej z udziałem pana Gustawa. Są też dwie relacje z koncertów, w których brał udział.

Dziennik Bałtycki nr 76, 1948 r.

W 1955 r., pewnie z okazji 10-lecia Państwowej Opery i Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku uchwałą Rady Państwa odznaczono jej artystów i pracowników, w tym Gustawa Pieske Złotym Krzyżem Zasługi, co zostało odnotowane w Monitorze Polskim.

Monitor Polski nr 23. Złoty Krzyż Zasługi

W 1957 r. w okolicznościowej broszurze Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Sopocie jego nazwisko jest wśród wykładowców.

Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna w Sopocie 1957 r.

Od 17.01 do 18.05.1955 odbywał się w Trójmieście II Festiwal Muzyki Polskiej, w którego programie figuruje Gustaw Pieske w składzie orkiestry symfonicznej.

Program II Festiwalu Muzyki Polskiej

W 1985 roku Filharmonia Bałtycka obchodziła 40-lecie wystawiając „Straszny dwór”. W obszernej broszurze, wydanej z tej okazji, podano skład orkiestry pierwszego wykonania tej opery w 1950 roku – z naszym muzykiem.

40. lecie Filharmonii Bałtyckiej, skład orkiestry z 1950 r.

W Gdańskim Roczniku Kulturalnym nr 12 z 1989 roku znajduje się artykuł Andrzeja Zaliwskiego, „Z dziejów muzyki kameralnej na wybrzeżu”. Wspomina on również o Gustawie Pieske – str. 170.

WiMBP w Gdańsku, Bałtycka Biblioteka Cyfrowa

Na koniec powróćmy jeszcze do lat przedwojennych. W Niemieckich Rocznikach Scenicznych 1929 (Das Deutsche Bühnenjahrbuch) na stronie 344 zamieszczono listę muzyków opery w Gdańsku.

Internet Archive

Jak zwykle liczymy na to, że ktoś znajdzie jeszcze inne ślady utalentowanego flecisty Gustawa Pieske i ta historia się wzbogaci.

Historia po 1945 roku

Po zdobyciu Gdańska wiosną 1945 roku rodzina państwa Marschinke powróciła do swojego mieszkania w kamienicy Biskupia 19. Okrutny los, jaki spotkał dawnych Gdańszczan w tych pierwszych powojennych dniach, opisała pani Urszula Kiedrowska z domu Marschinke w swoich wspomnieniach.
W swoim mieszkaniu pozostał też pan Gustaw Pieske muzyk, który bardzo szybko nawiązał współpracę z filharmonią gdańską i przebywał w Gdańsku przynajmniej do 1957 roku. Później najprawdopodobniej wyjechał do Niemiec.
Do Gdańska zaczęli napływać przesiedleńcy z centralnej Polski, repatrianci z Kresów Wschodnich i inni ludzie szukający swojego miejsca po koszmarze II wojny światowej.
Nowe rodziny zamieszkały również w kamienicy Biskupia 19, która prawie nie uległa zniszczeniu, jak i większość domów na Biskupiej Górce, w przeciwieństwie do np. Głównego Miasta.
Jak żyło się tutaj w powojennych latach opisała w swoich wspomnieniach pani Urszula Zamkiewicz z domu Matuszczak.

Wspomnienia Urszuli Zamkiewicz z domu Matuszczak

Urodziłam się w październiku w 1948 r. w Gdańsku. Jestem przedstawicielką rodziny najdłużej zamieszkującej kamienicę Biskupia 19, po rodzinie Marschinke.

 

Moi rodzice przybyli do Gdańska w 1946 r. Moja mama, Genowefa Matuszczak z domu Gębal, pochodziła z Lubartowa. W grudniu 1944 r. musiała opuścić swoje rodzinne miasto, ponieważ była poszukiwana przez ówczesne władze za działalność w strukturach Armii Krajowej. Do organizacji przystąpiła, mając 16 lat. Była sanitariuszką i łączniczką o pseudonimie ,,Ania”. Roznosiła meldunki, przygotowywała torby z opatrunkami, lekami i dostarczała je do oddziałów, udzielała też pomocy rannym, bo przeszła szkolenie sanitarne w szpitalu w Lubartowie. Powielała i kolportowała materiały konspiracyjne, w tym ulotki i podziemne pismo „Nasza Warta”, przechowywała je też w swoim mieszkaniu. Brała aktywny udział w organizowaniu punktu sanitarno-żywieniowego dla wyzwalających Lubartów żołnierzy 27 Dywizji Piechoty i partyzantów AK. Lubartów został wyzwolony przez żołnierzy Armii Krajowej 22 lipca 1944 r., a w listopadzie 1944 r. Urząd Bezpieczeństwa aresztował brata „Ani”, Stanisława, za działalność w AK. Po tym, gdy dostała ostrzeżenie o grożącym jej aresztowaniu, zaczęła się ukrywać.
W tym czasie, podczas jednej z podróży na trasie Lublin – Tomaszów Mazowiecki spotkała mojego przyszłego tatę Zygmunta, który ze swoimi kuzynami zajmował się handlem, z Łódzkiego wozili materiały w Lubelskie, a stamtąd przewozili mięso czy jajka, na zasadzie wymiany. Tato uratował wówczas mamę z niebezpiecznej dla niej sytuacji w trakcie prowadzonej przez NKWD na dworcu w Lublinie łapanki. Nazwisko mamy było na liście ludzi poszukiwanych i dostrzegł to mój tata. Wykorzystując chwilową nieuwagę kontrolujących, złapał mamę za rękę i uciekli. Tato zaopiekował się wówczas moją mamą (i jej ciocią, u której się ukrywała), przywiózł je do rodzinnego miasta Tomaszowa Mazowieckiego, zapewnił mieszkanie u rodziny i pracę. W ten sposób mama się uratowała, ale w zamian za nią aresztowano jej mamę Zofię i młodszego brata Zygmunta, spędzili w więzieniu kilka miesięcy. Mama z rodziną zobaczyła się dopiero po kilku latach. Nam mama bardzo długo nie przekazywała żadnych informacji o sobie, dopiero, gdy byłam dorosła, trochę mi opowiedziała.
Tato marzył o szkole morskiej i morzu, ale wybuchła wojna. Nad morze trafił dopiero po jej zakończeniu. Przyjechał do Gdańska w 1946 r. i podjął pracę w stoczni gdańskiej, a potem gdyńskiej. W gdańskiej między innymi uczestniczył w budowie „Sołdka”, a w Gdyni tworzył podwaliny tej nowej młodej stoczni.
Rodzice pobrali się w kościele Chrystusa Króla w 1947 r. i zamieszkali przy ulicy Biskupiej 19 m 7. Mama pracowała krótki czas w zakładach futrzarskich na Łąkowej. Zwolniono ją, bo ktoś doniósł o jej działalności w AK. Zajmowała się mną, potem też moim rodzeństwem, Basią i Romkiem. Mama wróciła do pracy dopiero, gdy wyszłam za mąż. Pracowała w aptece, na zmiany. Tato zmarł w 1997 r., a mama w 2019, w wieku 94 lat. Pochowana jest na cmentarzu Łostowice w Alei Kombatantów jako sanitariuszka-łączniczka ,,Ania”. Została odznaczona za swoje zasługi: Krzyżem Armii Krajowej, Medalem Obrońcy Ojczyzny 1939-1945, Medalem Wojska, Odznaką „Akcji Burza”. Wzmianki o jej działalności oraz o rodzinie mojej mamy, można znaleźć w publikacji „Lubartów i Ziemia Lubartowska”.*

Kamienica Biskupia 19
W 1947 r. rodzice otrzymali przydział na mieszkanie w kamienicy Biskupia 19 pod numerem 7, na trzecim piętrze. Wcześniej mieszkał w nim znajomy taty z żoną i mamą. Chyba Brodala się nazywał. Teściowa jednak nie zgadzała się z żoną i młodzi się wyprowadzili. Odsprzedali swoją część moim rodzicom. Na tym mieszkaniu została mama pana Brodali, miała jeden pokój, a my dwa z używalnością kuchni i łazienki. Współlokatorka okazała się bardzo sympatyczną osobą. Gdy byłam dzieckiem, zapraszała nas do siebie, miała piękne książki, piękne wazony – amfory. Bardzo mi się tam podobało. Chyba w 1956 r. ta pani się wyprowadziła.
Sąsiadka, pani Marschinke, mówiła nam, że w naszym mieszkaniu przed wojną mieszkał jakiś dygnitarz. Były tu nawet takie specjalne łącza telefoniczne. Mieszkanie było duże, bardzo ładne i dobrze wyposażone. Gdy moi rodzice się wprowadzili, w salonie stał kredens poniemiecki z gablotką, stół, dwa fotele, dywan, duży tapczan. Do sypialni rodzice kupili wszystko sami. Bardzo długo były u nas te poniemieckie meble – do lat 60., kiedy to stwierdziliśmy, że trzeba je zmienić na nowocześniejsze. W kuchni był stół poniemiecki, który miał wysuwany blat z otworami na dwie miski: w jednej się zmywało naczynia, a w drugiej – płukało. Mieliśmy też w kuchni kafelki, kuchnię węglową, a do tego jeszcze dwa palniki gazowe. Była też spiżarka. Były piękne kolorowe piece kaflowe.
Jedno okno naszego mieszkania od strony ulicy jest cofnięte w głąb pokoju, wygląda jakby za nim był balkon, ale to tylko jest taka wnęka. Gdy byłam dzieckiem, na jej brzegu stał płotek, była też duża drewniana skrzynia z ziemią i w niej się kwiatki sadziło. Był nawet okres, że mój tato kupił kurę i ta kura tam była przywiązana. Potem odfrunęła, ale mamie udało się ją znaleźć gdzieś pod fabryką (Biskupia 24B). Wtedy się kupowało kurę, żeby była na rosołek, ale tata rozmawiał sobie z tą kurką i jakoś nie można było jej zabić.
Od strony podwórka tylko przy mieszkaniach nieparzystych były balkony. Z jednej strony były zabudowane na tyle szerokim murem, że nie można było zajrzeć na balkony sąsiedniej kamienicy. Nasz balkon miał metalowe proste pręty. W tych mieszkaniach pod nami było ciemno przez te balkony, ale też dlatego, że na podwórzu rósł wielki jesion. Na podwórku były też murki, które służyły do zabawy, do wszystkiego. Był też trzepak i piaskownica, którą zrobił mój tata. Dzieci przychodziły do niej ze wszystkich okolicznych podwórek. Bawiliśmy się także na skarpie. Ja chodziłam też do ogrodu przy domu Biskupia 15, bo na pierwszym piętrze mieszkała Renata, z którą się kolegowałam. Znałam się z widzenia też z Basią z tego domu. Kiedyś w latach 70. moją mamę na kamiennych schodach napadł rój os i wtedy Basia wezwała pogotowie.
Przed naszą kamienicą był bunkier na zewnątrz, taki klocek murowany. Kończył się wraz z murem spod osiemnastki i przylegał do naszej piwnicy. Mój tata opowiadał, że nasza piwnica była schronem.
Nasza klatka schodowa była bardzo elegancka, pamiętam drzwi z kolorowymi szkiełkami, zielonymi i żółtymi, a do wysokości podwórka, na schodach wyłożony był bordowy chodnik (pewności nie mam), a wyżej, aż do strychu, ciemnobrązowa wykładzina imitująca skórę. Brzegi stopni obite były mosiężnymi okuciami, które zniknęły w latach 80. Zrobiła to w biały dzień grupa chuliganów z Biskupiej. Niektórzy sąsiedzi nawet to słyszeli, ale nikt nie miał odwagi w tym czasie wyjść na klatkę schodową. Do dziś tych listew nie ma.
Mieliśmy w piwnicy pralnię z kotłem. To była taka pralnia węglowa. Kilka razy mama z niej korzystała, ale to nie było przyjemne, bo tam trzeba było wszystko z góry znieść, dlatego mama raczej w domu prała – miała balię i w niej prała.

Mieszkańcy kamienicy
W naszej kamienicy na parterze mieszkali państwo Marchinke z dwoma córkami. Na pierwszym piętrze mieszkał Niemiec nazywał się Pieske, mówił po niemiecku. Był muzykiem, grał na skrzypcach w filharmonii. Mieszkał z żoną. Bardzo spokojni ludzie, ale unikali kontaktu z innymi. Któreś z nich pracowało chyba w sądzie i dorabiali sobie pisząc na maszynie jakieś sądowe pisma. Pan Pieske chodził spać w mycce, nieraz na balkon wyszedł, więc widziałam.
Na drugim piętrze mieszkali państwo Siecińscy. Mieli jednego syna w moim wieku – Ryśka. W tym samym miesiącu co ja się urodził. Jego mama była Gdańszczanką, niezbyt dobrze mówiła po polsku, a tato był Polakiem. W latach 60. przenieśli się na ul. Długą, a potem wyjechali do Niemiec. Ta pani prowadziła kiosk spożywczy na Targu Węglowym, gdy nie było jeszcze teatru. Tam była pętla tramwajowa i stała tam jedna jedyna budka ze słodyczami. Rysiek przychodził do nas się bawić, ja do niego też chodziłam. Byli dosyć zamożni. Mieli służącą, Niemkę. Sprzątała, froterowała. Pierwszy raz widziałam wtedy froterkę elektryczną i odkurzacz. Ta sprzątaczka mieszkała razem z nimi, w takim mniejszym pokoiku. Jak mój brat miał się urodzić, to Rysiek przyszedł do nas, kazał mnie i mojej siostrze usiąść pod stołem i powiedział, że jest niezadowolony, że będzie tu trzecie dziecko. Był bardzo inteligentny, ale przemądrzały, mojej mamie dokuczał też czasem, gdy gwarowo coś powiedziała.
Pod nami mieszkali państwo Łabińscy, też mieli dwie córki. Jedna miała na imię Iwona, a druga Urszula. Z jedną z tych córek chodziłam do tej samej klasy. Przez całe życie nie spotkałam tyle Urszul, co w tej naszej jednej kamienicy. W latach 60. się wyprowadzili i na ich miejsce wprowadzili się bardzo sympatyczni państwo Piotrowscy, świadkowie Jehowy, ale w niczym się nie narzucali.
Naprzeciwko nas, na trzecim piętrze, mieszkały do lat chyba 60. trzy panie Warszawianki z Powstania Warszawskiego. Były siostrami. Prowadziły na hali targowej stoisko ze słodyczami.
Potem to stoisko przejęła sąsiadka, pani Urszula Kiedrowska (z d. Marschinke). Wszystkie trzy panie z Warszawy były bardzo sympatyczne. Jako dziecko nie znałam takiego zwyczaju jak zajączek czy mikołaj, a te siostry dzieciom, które mieszkały w naszej kamienicy, z tych okazji zawsze robiły paczuszki ze słodyczami. To było bardzo miłe. Jedna była w strasznym niemieckim obozie, nie pamiętam już nazwy. Wiem, że to odbiło się na jej psychice. Moja mama bardzo długo opiekowała się nią, nawet gdy ta pani mieszkała już na parterze. Ona chciała, żeby to moja mama ją karmiła, dawała lekarstwa, obiady gotowała. Gdy najstarsza z trzech sióstr zmarła, pozostałe dwie przeprowadziły się na parter, a państwo Marschinke/Kiedrowscy przeprowadzili się na trzecie piętro.
Był też taki czas, że mieszkanie vis-a-vis naszego wynajmowała pani, która była radną. Mieszkała z mężem i dwójką czy z trójką dzieci. Moi rodzice tej rodzinie pomagali. Ta pani była bratanicą proboszcza kościoła mariackiego Stanisława Bogdanowicza, który ją na Biskupiej odwiedzał.
Na pierwszym piętrze mieszkał znany gdański krawiec. Przychodzili do niego tacy znakomici panowie, szył garnitury, mnie płaszcze też szył.

Poznaj Gdańsk, Przewodnik – Informator, Zarząd Miejski w Gdańsku, 1949

Naprzeciwko krawca mieszkali państwo Sucharzewscy, którzy mieli syna Jarka. Byliśmy z nimi bardzo blisko, pani Sucharzewska była nawet opiekunką mojej córki przez 4 lata. To też była Gdańszczanka z terenów kaszubskich.
Na drugim piętrze mieszkali też państwo Babicz. Nie pamiętam, w którym roku tu przyjechali, byli repatriantami. To była taka wesoła rodzina, kulturalna, muzykalna bardzo, ładnie śpiewali. Urządzali imprezy imieninowe. Babiczowie mieli trójkę dzieci. Jedna synowa prowadziła chór w Gdańsku.
Nie było takiego zwyczaju, aby sąsiedzi z naszej kamienicy zapraszali się nawzajem na kawę, ale gdy był ślub czy inna okazja, to zawsze sąsiedzi jakieś laurki robili. Dla nas rodziną byli natomiast państwo Ernestowie z Biskupiej 29. Ja z Bożeną Ernest chodziłam do szkoły, moja siostra Basia chodziła z inną z ich córek, a brat Romek przyjaźnił się z ich bratem, Cześkiem. Nasi rodzice chodzili do siebie na szachy, imieniny, wesela. Ta przyjaźń między rodzinami powstała dzięki dzieciom, dzięki temu, że rodzice byli w trójce klasowej.

Okolica
Uczyłam się w podstawówce „siódemce”, na Dolnej Bramie. Moja mama była w trójce klasowej i był taki zwyczaj, że zbierało się składki, na przykład dla nauczyciela na prezent. Chodziłam po domach z moją mamą. Bywałyśmy m.in. w „fabryce” (Biskupia 24 a,b). Tak o niej mówiliśmy, bo przed wojną była tam fabryka, ale nie widziałam żadnych śladów po niej. Okropnie tam było, tam ludzie mieszkali w suterenach, w piwnicach. Na podwórku były nawet konie i chyba też krowy. Tereska Maksel tam mieszkała z mojej szkoły, miała mieszkanie na piętrze. Na Olszynkę też z mamą chodziłam. Tam się szło po błocie, nie było chodników, a ludzie mieszkali w prymitywnych warunkach. Nie wiedziałam, że można tak mieszkać. Straszne to były okolice. Wydawało mi się, że w porównaniu z domami na Olszynce to ja mieszkam w pałacu.
Zimą przez teren cmentarza Salwator jeździliśmy na łyżwach, na sankach zjeżdżało się prawie do dawnej ulicy Jedności Robotniczej. Z ziemi wystawały tam resztki kamieni – tak pamiętam cmentarz Salwator.
Latem nagminnie chodziliśmy na stadiony. Moja mama zawsze nas brała, chodziła z nami też Helenka Ernest, przyjaciółka mamy. Brało się wałówkę i do godziny 16, dopóki tato nie wrócił z pracy, to była cała uczta. Pani Ernest i moja mama dziergały i wyszywały. Wykonywały taką chałupniczą pracę: wyszywały haftem krzyżykowym obrusy na ołtarze i to było wysyłane gdzieś za granicę. Pamiętam czasy, gdy na stadiony przyjeżdżały tabory cygańskie, tam było całe ich miasteczko.
Chodziło się do sklepu „dziada”, on był milszy pod koniec życia, niż gdy był młodszy. Do pana Kowalke chodziło się po warzywa, kurczaki, cukiereczki rybeczki, ptysie. Bardzo mile ich wspominam, państwa Płatków również. Oni wszyscy byli lepsi niż sąsiedzi, bo z sąsiadami rzadko się rozmawiało, a z tymi wszystkimi sklepikarzami często, to było bardzo przyjemne. Chodziłam też do pana Skokowskiego, na trwałą, zresztą znałam się z ich córką Bożenką. W mięsnym mama zawsze miała dojście, bo tam kogoś znała, coś tam komuś uszyła. Gdy ktoś się zainteresował, że mama ma ładną sukienkę: „To może pani coś mi uszyje?” – pytał i mama szyła. Sklep spożywczy prowadzili państwo Olszewscy, dobrzy znajomi moich rodziców przez wiele lat. Przyjechali z Warszawy, mieszkali kiedyś Na Stoku vis-a-vis szkoły, na pierwszym piętrze, a potem na Zaroślaku. Przy ul. Na Stoku 10 był sklep obuwniczy, nawet ładne buty mi mama kiedyś tam kupiła. Potem był tam sklep tekstylny. Była też na Biskupiej 4 restauracja, knajpa ordynarna, jak się dawniej mówiło – speluna. Ponieważ mój tata palił i jak mu zabrakło tych „sportów” nieszczęsnych, to kogoś musiał wysłać, więc ze dwa razy miałam przyjemność tam być. Nie było nic widać, tylko chmura dymu. Zawsze był hałas, gwar, sami mężczyźni. Pamiętam bufet po prawej stronie i galaretki za tym bufetem. Nie pamiętam nazwy tej restauracji ani tego, jak długo działała.
Mam bardzo dużo miłych, niezapomnianych wspomnień z tamtego czasu.
Wywiad z dnia 11.08.2026 r.

*Więcej informacji o działalności Genowefy Gębal w AK można znaleźć w jej teczce na stronie: https://zawacka.pl/.

Anonse prasowe

O życiu mieszkańców w czasach PRL-u opowiadają nam też anonse i inne notki prasowe.
Mało kto pewnie pamięta, że w pierwszych powojennych latach ukazywała się gazeta codzienna „Głos Ludu”, mająca wydanie dla Wybrzeża, która w 1948 roku połączyła się z „Robotnikiem”, tworząc „Trybunę Ludu”.
W numerze 323 z 25.11.1946 roku możemy przeczytać, jak odbywały się przydziały mieszkań, a także dokwaterowania w Gdańsku. Jest też podana osoba z przydziałem do kamienicy Biskupia 19.

Głos Ludu nr 323, 25.11.1946

To wydanie gazety jest w zasobach Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej, natomiast następne wycinki pochodzą z „Dziennika Bałtyckiego”, z zasobów Bałtyckiej Biblioteki Cyfrowej.

Dziennik Bałtycki nr 45, 21,22.02.1954
Dziennik Bałtycki nr 165, 13.07.1954
Dziennik Bałtycki nr 224, 19,20.09.1954
Dziennik Bałtycki nr 50, 28.02.1957
Dziennik Bałtycki nr 164, 12.07.1963
Dziennik Bałtycki nr 273, 17.11.1964
Dziennik Bałtycki nr 20, 25.01.1966
Dziennik Bałtycki nr 58, 09.03.1972

A w 1983 roku PGM-Śródmieście informuje o swoich problemach z materiałami i ekipami potrzebnymi do naprawy dachów w mieście, składając następującą obietnicę, m.in. dla mieszkańców kamienicy Biskupia 19:

Dziennik Bałtycki nr 147, 28.07.1983

 

Ciekawostki

Podczas badania historii kamienicy Biskupia 19 pojawiały się zaskakujące ciekawostki.

Bunkier
Wiadomo, że w piwnicach wielu przedwojennych domów tworzone były w czasie wojny punkty schronienia na wypadek nalotów wroga. Punkty te oznaczane były namalowaną na ścianie białą strzałką, wskazującą daną piwnicę. Pewnie wiele takich strzałek pojawiło się w Gdańsku po bombardowaniu miasta przez lotnictwo alianckie w 1942 roku. Fasada kamienicy Biskupia 19 była co najmniej dwa razy tynkowana i malowana, więc to oznaczenie nie zachowało się.
We wspomnieniach zarówno Urszuli Kiedrowskiej jak i Urszuli Matuszczak pojawia się określenie bunkier.
Urszula Matuszczak: „Przed naszą kamienicą był bunkier na zewnątrz, taki klocek murowany. Kończył się wraz z murem spod osiemnastki i przylegał do naszej piwnicy. Mój tata opowiadał, że to był schron, że nasza piwnica była schronem.” Z opisów wynika, że to była niewielka, ceglana dobudówka z otworem od góry przykrytym drewnianą klapą chroniąca wejście do piwnicy z poziomu chodnika przy ulicy. Dziś nie ma po niej śladu. Ale gdzie była?
Trochę trwało rozpracowanie tych zawiłości architektonicznych. W piwnicy, która służyła za schron, widoczne jest zamurowane wyjście na ulicę, jednak od strony ulicy nie ma nawet miejsca na takie drzwi. Podczas studiowania starych, przedwojennych map, udało się rozwiązać tę zagadkę. Przed wojną mur oporowy podtrzymujący skarpę przy budynku nr 18 był przesunięty i dochodził do dalszej ściany budynku nr 19. W ten sposób było miejsce na drzwi do piwnicy i postawienie przy nich „bunkra”. Po wojnie drzwi zamurowano, bunkier prawdopodobnie rozebrano, a mur przesunięto do płaszczyzny fasady, zasypując to miejsce ziemią uzupełniającą skarpę. Ilustruje to załączony rysunek.

Przedogródki
Pani Urszula Kiedrowska wspomina, że przy ulicy Biskupiej, zarówno przed kamienicą nr 19, w której mieszkała w latach 1937-1994, jak i dalej, znajdowały się tzw. przedogródki.
Na zdjęciu z ok. 1908 roku (album „Widok Gdańska z Biskupiej Góry, 1855 – 1970″) rzeczywiście widać przedogródek przy kamienicy Biskupia 27. I to dzięki temu, że kamienic nr 19 i 20 jeszcze nie wybudowano. Trudno było sobie wyobrazić, że na tak wąskiej ulicy założono potem przedogródki po drugiej stronie. I właśnie ta niewielka szerokość ulicy stała się pretekstem do likwidacji przedogródków. Jak wspomina pani Urszula, w 1938 roku, gdy na szczycie Biskupiej Góry rozpoczęła się budowa schroniska młodzieżowego, samochody z materiałami budowlanymi i rozmaitym sprzętem miały problem z poruszaniem się po tej wąskiej, krętej i stromej ulicy. Zapadła wtedy decyzja o likwidacji przedogródków, przesunięciu na ich miejsce chodników i poszerzeniu ulicy.
Dowodem na istnienie tych, być może jedynych w tej lokalizacji przedogródków, są plany Gdańska z różnych, przedwojennych lat. Zaznaczyliśmy na wycinku z jednego z nich ogródki przed kamienicami nr 27, 20 i 19 (Geländeplan 1927, BG PAN).

Największą ciekawostką jest jednak sama kamienica – jej skomplikowany układ architektoniczny wymuszony przez ukształtowanie terenu, na którym została postawiona.
Wbudowanie kamienicy w skarpę wzgórza spowodowało zaskakujące rozwiązania: dwupoziomowe piwnice, przy czym jedna jest na poziomie ulicy, a druga pod poziomem podwórka; parter od ulicy sięga tylko nieco dalej niż połowa głębokości budynku i styka się z piwnicą od podwórka; w związku z tym kamienica od podwórka „traci” jedno piętro i kolejne, dwustronne mieszkania, od ulicy zawsze są na wyższej kondygnacji, niż od podwórka.

Lepiej zobrazuje to projekt przekroju pionowego kamienicy, w płaszczyźnie klatki schodowej, uzyskany z dokumentacji Wspólnoty Biskupia 19.

===================================================================

Swoista „biografia” posesji i kamienicy opracowana została z wykorzystaniem m.in. strony „Momente im Danziger Werder…”, na której zgromadzono odnośniki do zasobów różnych bibliotek cyfrowych (dostępnych online) dotyczących Prus Zachodnich, ze szczególnym uwzględnieniem ksiąg adresowych Gdańska z XIX i XX wieku z Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej. Wykorzystano również materiały z Bałtyckiej Biblioteki Cyfrowej, Biblioteki Gdańskiej PAN, amerykańskiej Internet Archive, Monitor Polski nr 23, encyklopediateatru.pl,

Historię posesji i kamienicy Biskupia 19 opracowały Krystyna Ejsmont i Danuta Kozioł w ramach projektu dofinansowanego przez Miasto Gdańsk „Śladami Brunona Zwarry – kontynuacja”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Przejdź do treści