Dariusz Salamon

Dariusz Salamon

***

Dawno temu, gdy mój ojciec pracował w Gdańskich Zakładach Zbożowych jeździłem z nim po województwie Gdańskim.

Zwoziliśmy ZIŁ-em ziarno do spichlerzy na Chmielnej, stałem zafascynowany patrząc jak ziarno sypało się na kratownicę zasłaniającą wlot do piwnic tego czy innego spichlerza, niedawno jeszcze taka kratownica tam była a może i jest, sam spichlerz zabity deskami.

Czasami zdejmując sandałki czy inne buciki w domu znajdowałem w nich ziarna, które wybierały mnie aniżeli niewolę w piwnicach starego spichlerza, zanosiłem je na słoneczną polanę Biskupiej Góry i rzucałem na bujną trawę widząc w dziecięcej wyobraźni pola pełne kłosów i zboża.

Kiedyś podjechaliśmy pod Stągwie Mleczne, ojciec poszedł coś kupić do Żelaznego a ja podziwiałem Motławę, zobaczyłem cegłę i zsunąłem ją do ciemnozielonej wody…

Po latach, gdy wszystko w mieście i nie tylko w mieście zmieniało się pomyślałem sobie, że nie będę miał co pokazać dzieciom ze swojego dzieciństwa i wówczas przypomniała mi się cegła wrzucona do Motławy…

Ze dwa lata temu, a może trzy, podczas Jarmarku szedłem do Gdańska od strony Elbląskiej i nagle zobaczyłem ciężki sprzęt budowlany i robotników pogłębiających Motławę dokładnie w miejscu gdzie zsunąłem /moją już przecież/ cegłę…

Wszystko przepadło.

***

Mieliśmy Na Stoku górkę przed szkołą, wzdłuż jej płotu i całe pokolenia tam jeździły na czym się dało.

Ogrodzili płotem teren przyległy do sąsiedniego budynku i już nie ma górki…

Nikt, jak wówczas, nie nosi wiadrami wody z sąsiednich piwnic wieczorową porą, by powstał lód, od samego chodnika, dalej jak połowę góry, nikt już tam na butach, łyżwach, sankach, katajkach ani na niczym innym nie zjedzie, a zjeżdżało się nawet pod, albo nawet i na sam mostek biegnący nad Starą Radunią…

Miło było późnym wieczorem wyciągnąć się na sankach pośród drzew na starym cmentarzu i patrzeć w gwiazdy pośród ciszy w niemal centrum miasta.

Przeszłość nie wróci, tak samo jak nie wrócą tamte grube płaty śniegu oblepiające drewniane okna poprzez które dzieci oglądały zimowe scenki z rówieśnikami, czekając z dziecięcą niecierpliwością aż wyschną wiszące przy piecu spodnie, jedyne jakie posiadały, ale czy dzisiejsze pełne szafy są w stanie zastąpić dawniejszą górkę zimową porą?

***

Każdej zimy…

W czasach kiedy większości z was nie było na świecie, a sztuczną choinkę widziało na oczy niewielu ludzi na świecie…
Od 6 stycznia zbieraliśmy wyrzucane choinki. Leżały obok śmietników i w niczym nie przypominały już bajkowych drzewek, które jeszcze niedawno stały dumnie w mieszkaniach, ustawiane jak najdalej od kaflowych pieców, a jak najbliżej okien tak, by im nie szkodziło ciepło z zaczerwienionych ogniście kafli i za prędko nie opadły z nich igły a z drugiej strony, by ludzie spacerujący po zaśnieżonych ulicach widzieli poprzez szyby mrugające świeczki, a z czasem elektryczne lampki, jak i samą bogato wystrojoną choinkę.

Ciągnęliśmy je po śniegu i lodzie, który sami stwarzaliśmy lejąc wieczorami wodę na naszą górę, by ustanawiać na niej nowe rekordy prędkości w zjeździe na butach, albo na katajkach, ale wy młodzi przecież nie wiecie co to są katajki… Ciągnęliśmy więc, teraz już drapaki, do odwiecznego miejsca, w które trafiały każdej zimy, zawsze po 6 grudnia oczywiście. Było to, a raczej jest, bo nadal to miejsce istnieje, ślepe podwórze budynku przy ul . Salwator 1/4. Nie wiem czy można to miejsce nazwać podwórzem, bo powstało tylko po to, by budynek posiadał więcej okien i nie ma więcej niż kilka metrów kwadratowych. Jako że budynek leży przy różnych poziomach, owo podwórko od naszej góry oddzielał, i nadal oddziela, niewysoki mur, który wraz ze spadkiem góry staje się wyższy, poniżej murku leży owo ślepe podwórko położone z dwa – trzy metry poniżej poziomu i otoczone jedynie oknami od mieszkań oraz od klatki schodowej, tam też zrzucaliśmy owe drapaki i nie tylko je, ale i wszystkie inne rzeczy, jak stare tapczany itp. rupiecie, które nadawały się dla naszej corocznej akcji.

Po jakimś niedługim czasie ślepe podwórko wypełniało się zdobycznymi choinkami i innym dobrem śmietnikowym, ale takim poważnym jak w/w tapczany, nie jakąś drobnicą.  Wydobywaliśmy wszystko na powierzchnię i ustawialiśmy wielki stos nieopodal, między płotem naszej szkoły nr 21 a czterema komórkami stojącymi w jednym małym budyneczku przy bloku 1/4 z owej ulicy Zbawiciela i podpalaliśmy.

Jedynie rozmiar ogniska mógł na nas czy na kim innym robić wrażenie, bo w tych czasach i w tym i w kilku innych miejscach naszej dzielnicy paliliśmy ogniska niemal codziennie, ogień ze stosu buchał niemal na wysokość kamienic jakby chciał sobie i kto wie czy nie światu przypomnieć o pradawnych Saturnaliach a my przeżywaliśmy kolejny beztroski dzień swojego dzieciństwa.

***

Mieszkałem przy ulicy Na Stoku.  Jest to długa ulica, która opasa Biskupią Górę w połowie jej wysokości, od południa, wschodu i północy.
Głównie od wschodu, słońce zachodzi za Gdańskiem gdy przemierzy Biskupią Górę i znika za jej lasami będąc już, zdawałoby się, nad Starym Chełmem… a może dokładniej nad nie istniejącym już Stolzebergiem, miastem, które miało zwyciężyć Gdańsk, a które udusiło się w objęciach Wielkich Bastionów.

W porach i czasach, gdy rynny nie nadążały wypluwać deszczówki ze swoich wiecznie głodnych wody gardzieli, zakładałem kalosze i budowałem z kolegami tamę na szerokim i długim placu ulicy Salvator… Salvator to jeden z dwóch Zbawicieli naszej dzielnicy, drugim był, a raczej nadal jest, jeden z bastionów o tej samej nazwie, ale wyrażanej już w innym języku.

Tama rosła i rosła, podobnie jak i woda w tamie…

Nadchodził czas, gdy w środek tamy kopaliśmy nogami uzbrojonymi w czarne kalosze, a woda niczym oszalałe konie z Bonanzy, rwała w dół ulicy, by po kilku zakrętach ominąć narożny ogród pana Czesława, spanikowana jakby na widok ogrodzonego terenu, na którym wybudowano naszą szkołę i tkwiącej w nim wielkiej bramy z małą furtką u prawego boku bramy, którą tyle razy razy przechodziłem by palić nagrabione liście pana woźnego, a potem, by zdobywać umiejętności, które teraz pozwalają mi na opisanie deszczowych dni mojego dzieciństwa.
Nie wiem, czy to widok szkolnej bramy, czy też nieco większy spad terenu sprawiał, że wezbrana deszczówka ruszała w swoją ostatnią drogę z jeszcze większym galopem, teraz wprost do Raduni, a pierwsza i największa zarazem fala, nie czekając na swój coraz dłuższy ogon, rwała oplatając drzewa głównej alejki starego cmentarza, zdawała się być niczym górski strumień, pewna swojego ostatniego a zarazem jedynego celu.
Zawsze biegliśmy obok rwącej wody, by zatrzymać się na wale rzeki patrząc jak woda spływa po betonowej zjeżdżalni, wybudowanej specjalnie, tuż przy prawej stronie mostku, na takie właśnie okazje  – mostku, którego także już nie ma, podobnie jak i mojego dziadka, z którym pewnego letniego dnia łowiliśmy ryby , dziadek wierzył, a ja wraz z nim, że nasz sznurek z haczykiem zawiązanym na jego końcu porwał duży szczupak… Kto wie, przecież sam nie wiem jak było naprawdę, zielska i ciemna toń wody skryła i tą tajemnicę, nigdy jej nie wyjawiła.
Nigdy o tym nie pomyślałem, dopiero teraz, czy dzieci mieszkające tam przed nami, długo przed nami, bawiły się w takie same zabawy jak my… Kto wie, może i one budowały tamy, a później biegły wypatrując i przewidując drogę wody z ich tamy, nurtem przypominającym dzikie, spienione konie w oszalałym galopie… Nie wiem tylko dlaczego, o ile tak było i jeśli one także budowały tamy, dlaczego wówczas a nawet, gdy już dorosły nie nauczyły się, że najdalej na krawędzi, tuż przed rzeką, należy koniecznie się zatrzymać…Nawet jeśli rzeka ukarze w swoim ciemno zielonym nurcie pośród nieustannie falującego wodnego zielska , postać wzywającą do wielkich czynów, nawet jak są to rysy przepięknej twarzy, ale przecież zawsze złowieszczej, Walpurgii…

***

Pani Olińska mogła spróbować odkupić teren na którym stała ich kawiarnia, my go kupiliśmy tzn. moi rodzice od państwa Bychowskich, a było to ok. 1971 roku. Państwo Bychowscy wyjeżdżali całą rodziną na stałe do RFN i odsprzedali nam tą działkę/ogródek. Zajmowali oni mieszkanie na II piętrze w kamienicy, która stoi vis a vis sklepu spożywczego dawniej zwanego Spółdzielnią. Pani Bychowska pomagała moim rodzicom w sklepie, który prowadziliśmy na Biskupiej 29 od 1970 r.. Przed nami prowadził go pan Etmański. Wychowałem się w nim, można by rzec.

Wróćmy do ogrodu, na którym stała kawiarnia państwa Olinńskich.

Ogród ten jawił mi się, wówczas małemu chłopcu, niczym kraina z bajki. Ogród był bardzo zadbany, mimo, że było na nim 200 kur trzymanych za siatką – ich terenem był ogrodzony plac w rogu ogrodu, plus mieszkanko, czyli kurnik, które znajdowały się w części ogrodu najbliższej wieży milicyjnej. Były też świnki, trzymane w małym bunkierku. Z czasem postawiliśmy w ogrodzie altanę, którą strawił pożar ok. 1977 roku.

W całym ogrodzie widać było fragmenty, pozostałości po dawnej kawiarni, różnorodne barierki, nieczynne lampy, donice i inne elementy wykonane z betonu oraz ścieżki/chodniki, a jeden z nich biegł ku płotowi, który oddzielał nasz ogród od terenu milicji i tam kończył bieg wraz z kilkoma schodkami prowadzącymi nie wiadomo po co w kierunku skarpy, jakby chciały kawiarnianych gości wyprowadzić w pole :p

Z samego budynku pozostał tylko fundament z betonową podłogą. Stojąc twarzą do niego po prawej stronie miałem grządki z różnymi warzywami aż pod płot, w tych własnie grządkach znajdowaliśmy bardzo dużo przeróżnych przedmiotów kuchennych, zwłaszcza łyżek, widelców i noży, ale nie tylko, były i np. naręczne zegarki, niestety wszystkie w fatalnym stanie.

W odwrotnym kierunku znajdowały się krzewy z agrestem, porzeczkami, a iw samym kącie, przy płocie od strony ulicy, którą jakiś czas temu rozebrano – stała grusza.

Wody nie było w ogródku, ktoś przed nami wkopał beczkę w zbocze, które poprzez uliczkę sąsiadowało z naszym ogródkiem i stamtąd czerpaliśmy deszczówkę.

Długo by pisać, w każdym bądź razie cieszę się, że dowiedziałem się czegoś konkretnego o tym miejscu, bo przeszłość w tej materii ogarniała ciemność, jedynie co wiedziałem w tamtych czasach to to, że znajdowała się tam jakaś kawiarnia, restauracja i  że niby w ostatnim dniu wyzwalania Gdańska spadła na nią bomba…:-)

***

Zmarł Pan Brunon Zwarra….

Podał taką informację portal Trójmiasto:

http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Zmarl-Brunon-Zwarra-n126498.html?strona=4&expand=14730044&hl=14730044#op14730044

Napisałem tam taki post:

Była to Bardzo pozytywna postać, jego książki powinien przeczytać każdy kto mieszka w Gdańsku i nie tylko tacy ludzie.

Chodziłem po tych samych ulicach, podwórkach, górach, boiskach czy krzakach Biskupiej co i on i widziałem tą samą Radunię co i on.

Grzebałem w ziemi odnajdując fundamenty i resztki wyposażenia domów które opisał a których już nie było, później, gdy natrafiłem na jego książki czułem się tak jakby ktoś opisywał mój dom rodzinny… to samo miejsce i ten sam duch miejsca… Dzisiaj niestety pozostała tam jedynie jakaś część owego Genius Loci.

Nigdy się z nim nie zobaczyłem, dlatego by pozostał w mojej głowie takim jakim go sobie wyobraziłem, chłopcem z mojej Biskupie Góry z którym razem łazimy po tajemniczych korytarzach bastionów, gramy w noża na starym cmentarzu, albo pływamy tratwą po ciemnozielonym, ceglanym Kanale Raduni.

Wiem, że kiedyś jeszcze tak zrobimy.

 

 

2 komentarzy

Dziękuję bardzo za piękne fragmenty z opisu dzieciństwa na BG. Dopiero teraz po przeczytaniu Pana tekstu ,przypomniałam sobie ogród,ktory widziałam we wczesnych latach 50-tych… Pozdrawiam.

Ja miałem przyjemność nim przebywać pierwszy raz dopiero na początku lat 70.
Dziękuję za ten wpis i także pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.